MenuZamknij

WIADOMOŚCI

SPORT

Cree w Apropos

Wiadomości: Wałbrzych
Sobota, 5 grudnia 2009, 9:46
Aktualizacja: 10:27
Autor: Daniel Wawryniewicz
Fot. Daniel Wawryniewicz
Bluesowe brzmienie z domieszką rocka. Zespół Cree wraz z Sebastianem Riedlem, synem nieżyjącej już legendy polskiego bluesa Ryśka Riedla, zaczarował swym głosem wałbrzyską publiczność.

Koncert przy pełnej sali rozpoczął się z półgodzinnym opóźnieniem. Zniecierpliwieni słuchacze nie mogąc doczekać się artystów, z entuzjazmem wstawali z miejsc, zachęcając muzyków do przyjścia. Gdy zespół wyszedł na scenę, napięcie związane z oczekiwaniem osiągnęło szczyt.

Już pierwsze dźwięki gitar i perkusji oraz potężny, głęboki wokal Sebastiana Riedla zapowiadały, że ten koncert zapisze się na kartach historii klubu A Propos. - Długo czekałem na ten występ i muszę powiedzieć, że było warto – mówi jeden z fanów zespołu. – Atmosfera tego miejsca jest niezwykła. Publiczność żywiołowo reagowała wstając z miejsc i podchodząc pod niewielką scenę.

Rozpiętość muzyczna była ogromna - począwszy od spokojnego klasycznego bluesa, na energetycznej dawce rocka kończąc. Były też utwory z płyty Tacy Sami dedykowanej zmarłej mamie lidera.

- Bastek kontynuuje dzieło swego ojca i chwała mu za to – powiedział po koncercie jeden z fanów. Jedno jest pewne - tego wieczoru wszyscy obecni poczuli prawdziwego ducha bluesa. Fantastyczny koncert.

Czytaj również

Według ogólnopolskiego portalu, Wałbrzych zmienił się najbardziej w kraju

Wałbrzych pełen alimenciarzy

Po co nam Unia?

Komentarze (8) Dodaj komentarz

~Limciu 5-12-2009 10:53
Rewelacyjny koncert. Mniej śpiewania, dużo rockowego grania. Płyty Cree nie oddają tego co dzieje się na koncertach. Warto było przyjść ! Koncert trwał 2 i pół godziny, skończył się dobrze po 23. Zespół przyjechał dla publiczności, a nie tylko dla kasy. Sebastian trochę nieśmiały, ale bardzo sympatyczny. Jako muzycy - doskonali technicznie. Zadziwiające, że są tak mało znani w Polsce. Fajnie byłoby, żeby Apropos rozwijał się również w tym kierunku. Mam nadzieję, że nie był to jednostkowy rockowy koncert w tym klubie. Jak ktoś się nie załapał, to jeszcze dzisiaj ma szansę we wrocławskiej Rurze.
~ 6-12-2009 10:58
Podobno nie mozna kupić szczęścia! Ale patrząc na radość publiczności zgronmadzonej na koncercie zespołu Cree z całą pewnością można powiedzieć, że w piątek wieczorem szczęście mozna było kupić za 25 zł. Bo tak niewiele kosztował bilet na ten niezapomniany koncert. Wspaniały koncert. Doskonała kameralna atmosfera. Życzę by Apropos poszedł w tym nurcie. Prosimy o więcej takich własnie imprez!!!!!!!!!!!! Po koncercie na dole w barze zupełnie normalnie mozna było porozmawiać z wszystkimi członkami zespołu, zrobić sobie zdjęcia, dostać autograf. Rewelacyjna impreza
~ 6-12-2009 21:11
apropos to super lokal i kapitalne sa tam koncerty!!!!!!!
~warrior 7-12-2009 23:57
Byłem na tym koncercie i muszę powiedzieć, że dawno czegoś takiego nie przeżyłem. Nie znałem tego zespołu bardzo dobrze wcześniej, jednak to co zobaczyłem przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Technicznie zespół idealny, długie gitarowe improwizacje pokazały techniczne możliwości zespołu. Atmosfera jaką zgotował zespół w klubie nie da się określić słowami. Tak jak ktoś wcześniej napisał, po koncercie można było z nimi posiedzieć, pogadać, porobić sobie zdjęcia i napić się piwka. Oby więcej takich imprez w naszym mieście. Powiedzmy NIE plastikowej pop - techno kulturze (czyt: tandecie) i spójrzmy na skarby jakie nas otaczają. Niech żałują Ci co tego nie widzieli.
~krzysiek 8-12-2009 21:12
Zgadzam się ze wszystkimi opiniami,bo faktycznie koncert był fantastyczny.Prywatnie są jeszcze bardziej zajebiści niż w trakcie koncertu.Miałem okazję z nimi porozmawiać i są niesamowitymi ludźmi... Mam nadzieję,że będą odwiedzać A propos częściej...Na ich koncercie będę zawsze.
~Matu 9-12-2009 10:50
Koncert dobry,momentami bardzo dobry,słychac w ich muzyce wpływy:Free,Allman Brothers Band,co mnie osobiscie bardzo cieszy. W 1997 roku słuchałem ich,przed Johnem Mayallem,i trzeba przyznac ze wspaniale sie rozwineli,no i wielkie brawa za normalnosc(zero gwiazdorstwa)
CM03 24-12-2009 16:21
Mam nadzieję, że ten post stanie się początkiem sensownej, żywej i otwartej dyskusji, a następnie „czynów”, które pozwolą obalić postawioną niżej tezę. Wysmakowana, chłonna i ciekawa wydarzeń muzycznych wałbrzyska publiczność skłonna jest zrzucić domowe kapcie i pójść na koncert jedynie wtedy, kiedy na afiszu zobaczy… „nazwisko”. Przyczynkiem skłaniającym mnie do jej postawienia, stał się koncert Cree w klubie muzycznym „A propos” W tym samym miejscu, na tej samej scenie 120 godzin przed koncertem Cree występowało trio Vasti Jacksona. Muzyka, którego zupełnie nie znałem, ale ponieważ lubię bluesa (muzykę) zdjąłem kapcie. „Ubogi” skład: gitara, gitara basowa i bębny mógłby zniechęcać. Historia dowodzi jednak, że „ascetyczne” składy potrafią generować ogromne pokłady muzycznej energii. Blues, prosty w formie, jest muzyką duszy. Aby trafić do słuchaczy, artysta musi otworzyć własną i przelać ją dźwiękami. Umiejętny sposób polega na dawkowaniu emocji, budowaniu kulminacji i doprowadzaniu słuchaczy do stanu, który jednoczy ich z muzykami. To takie proste. Udaje się, niestety nielicznym. Jedynie muzycy o olbrzymiej charyzmie potrafią „jednym” dźwiękiem „zahipnotyzować” słuchaczy. Felton Crews „zwalisty”, potężny basista, Krzysztof Zawadzki perkusista Walk Away oraz Vasti Jackson zdobywca tytułu USA Blues Guitar Player of the Year 2007 należą do tego grona. „Śpiew” gitary Vasti’ego zespolony z jego głosem otworzył słuchaczom klimat delty Missisipi. Pierwszy raz w życiu usłyszałem dźwięk akustycznego brzmienia struny trąconej palcami artysty, a za ułamek sekundy jego wzmocnione „uderzenie” - poprzez kolumny. Vasti opuścił scenę i delikatne solo gitarowe grał wśród oniemiałej publiczności. Rytuał „zbratania” powtarzany był dwukrotnie i wywołał niekłamany zachwyt słuchaczy. Dźwięki piano nie dominowały. Trio we właściwych momentach wypełniało salę energetycznym forte. Vasti rozmawiał z publicznością, bawił ją, zachęcał i porywał do wspólnego śpiewania. Artysta świadomy był oczekiwań słuchaczy i w nadzwyczaj profesjonalny sposób je dodatkowo inspirował. To ogromna sztuka. Muzycy inspirują… również muzyków. Gdyby wśród słuchaczy występu tria przebywali muzycy Cree, byliby zapewne równie zachwyceni i oniemiali. Warto się uczyć jak „skromnymi” środkami tworzyć niezapomniane show. Kodą koncertu była brawurowa interpretacja dwóch kompozycji Jimi Hendrixa. Miałem okazję zobaczyć i usłyszeć jeden z najlepszych bluesowych koncertów w życiu. Piękniejszy był koncert B.B. Kinga, ale… to zupełnie inna historia. Vasti i jego kompani grali dla… około 12-15 osób! Koncert związany był z promocją płyty DVD. Jestem oczywiście posiadaczem krążka, opatrzonego autografami. Mogę wracać do tej muzyki i jej atmosfery, kiedy tylko zapragnę. W mieście do niedawna, tak ubogim w wydarzenia muzyczne z kręgu muzyki bluesowo-jazzowej, dane mi było dokonać dwóch prawdziwych odkryć. Pierwsze miało miejsce 9 lutego 2007 w „dawnej” 9 Fali. Wystąpiło wtedy duńskie trio Ibrahim Electric - warto interesować się małymi składami. Był to niezapomniany koncert. Jeden z dwóch, które odbyły się w naszym kraju. Drugie muzyczne odkrycie ostatnich lat nastąpiło w wigilię występu Cree. W tym samym miejscu 24 godziny przed komentowanym przez Was koncertem na scenę weszła francuska formacja OZMA. Skład kwintetu: David Florsch – saksofony, Matthias Mahler – puzon; Adrien Dennefeld – gitara; Edouard Sero-Guillaume – gitara basowa, wokal; Stephane Scharle – perkusja, był zapowiedzią interesującego występu. Już „przygrywka” podczas dostrajania akustycznego instrumentów do sali potwierdziła, że przed publicznością stoją nietuzinkowi instrumentaliści. To, co nastąpiło potem zupełnie odmieniło moje postrzeganie francuskiego jazzu. Każdy, kto trochę interesuje się tym rodzajem muzyki musiał choćby słyszeć takie nazwiska jak: Michel Petrucciani, Stéphane Grappelli, Jean-Luc Ponty, Django Reinhardt czy Didier Lockwood. Nie zdawałem sobie zupełnie sprawy, że to właśnie Francja jest obecnie w Europie krajem, w którym kwitnie współczesny jazz. Koncert dostarczył mi inspiracji, aby bliżej zainteresować się tym rynkiem i poszukać płyt nagranych przez innych francuskich muzyków. Perfekcja techniczna członków OZMY, w połączeniu z ich nieokiełznaną, nietuzinkową wyobraźnią muzyczną, wywołały od pierwszych taktów prawdziwą eksplozję dźwięków. Idealne, selektywne nagłośnienie pozwalało wychwytywać wszelkie „smaczki”, które rodziły się lawinowo. Ucieczki z pięknie prowadzonych tematów w świat bliski free jazzowi. Śliczne unisona gitary i saksofonu na tle drapieżnie grających bębnów i basu. Fantastyczne sola wszystkich muzyków. Szczególnie ciekawe w wykonaniu puzonisty i saksofonisty. Podróże z dźwięków bliskich kakofonii do klimatów czysto balladowych. Jeden utwór potrafił mieć kilka, zgoła nieoczekiwanych, kulminacji. Rodziło się to wszystko z absolutnego porozumienia muzyków. Ich sceniczne zachowania dowodziły, że wspólne granie sprawia im olbrzymią radość. Ta radość i energia emanowała na słuchaczy, którzy czasem nie w pełni przygotowani do odbioru miejscami trudnej muzyki, dali się porwać w arcyciekawy świat wyobraźni OZMY. Festiwal barw, klimatów i miejscami na poły hipnotycznych przeżyć zjednoczył salę. Tylko kilka koncertów w życiu wywarło na mnie tak piorunujące wrażenie. Zobaczyło i wysłuchało go około… 15 osób! Pojawia się w mieście Cree. Bardzo dużo ludzi zrzuca bambosze. Pełni nadziei i oczekiwań wspaniałego występu nawiedzają salę klubową. Jestem wraz z nimi podekscytowany. Trudno nie mieć w sobie pamięci legendy „Dżemu”. Trudno wyzwolić się z chęci porównania klimatu, jaki tworzy Syn z muzyką i tekstami tak charyzmatycznego Ojca. Atmosfera jest gorąca. Muzycy spóźniają się z wejściem na scenę. Fani dopingują ich gwizdami i „bojowymi okrzykami” – „Seba… ogień!”, „Seba… OGIEŃ!”. Wreszcie wychodzą muzycy i… dają „ognia”! To koniec recenzji koncertu. Chciałbym napisać więcej, ale nie mam, o czym. Czasy, kiedy sloganem reklamowym znanego zespołu było hasło „gramy najgłośniej w Polsce” dawno temu minęły. Ta sama, co w opisanych przeze mnie koncertach, bardzo dobra akustycznie, sala została zmiażdżona ścianą kakofonicznego dźwięku. Strzępy słów przedzierające się przez „jazgot” gitar, dudnienie bębnów i basu okraszone wibrującym leslie. Monotonia ustawicznego fortissimo przeszywana przekrzykującymi się wzajemnie dźwiękami gitar grających forte fortissimo. Muzyczne nieporozumienie rodem z kiepskiego rockowego „rżnięcia”. Nie ma, czego porównywać. Legenda pozostała nienaruszona muzycznie. Słowa „utonęły” w decybelach. Czy jestem jedyny w tak krytycznej ocenie koncertu Cree? Nie! Rozmawiałem z kilkoma osobami, które podzielają moje zdanie. Widać muzykom Cree i ich akustykowi uszkadza słuch brzmienie… ciszy. Bardzo wielu słuchaczom ich „styl” przypadł do gustu. „Marynary fruwały”, strop rytmicznie falował od tupotu. A ja miałem „tupot białych mew” i czmychnąłem, aby nie „zbzikować” na niższe piętro. Ile można przeoczyć licząc na to, że jedynie „dobry afisz” gwarantuje „zwrot nakładów”? Dlaczego lubimy tylko to, co lubimy i tak alergicznie podchodzimy do nieznanego? Wreszcie – czy „odkrywanie” nie jest ciekawsze od „trzymania nóg w bamboszach”?
CM03 24-12-2009 16:21
Mam nadzieję, że ten post stanie się początkiem sensownej, żywej i otwartej dyskusji, a następnie „czynów”, które pozwolą obalić postawioną niżej tezę. Wysmakowana, chłonna i ciekawa wydarzeń muzycznych wałbrzyska publiczność skłonna jest zrzucić domowe kapcie i pójść na koncert jedynie wtedy, kiedy na afiszu zobaczy… „nazwisko”. Przyczynkiem skłaniającym mnie do jej postawienia, stał się koncert Cree w klubie muzycznym „A propos” W tym samym miejscu, na tej samej scenie 120 godzin przed koncertem Cree występowało trio Vasti Jacksona. Muzyka, którego zupełnie nie znałem, ale ponieważ lubię bluesa (muzykę) zdjąłem kapcie. „Ubogi” skład: gitara, gitara basowa i bębny mógłby zniechęcać. Historia dowodzi jednak, że „ascetyczne” składy potrafią generować ogromne pokłady muzycznej energii. Blues, prosty w formie, jest muzyką duszy. Aby trafić do słuchaczy, artysta musi otworzyć własną i przelać ją dźwiękami. Umiejętny sposób polega na dawkowaniu emocji, budowaniu kulminacji i doprowadzaniu słuchaczy do stanu, który jednoczy ich z muzykami. To takie proste. Udaje się, niestety nielicznym. Jedynie muzycy o olbrzymiej charyzmie potrafią „jednym” dźwiękiem „zahipnotyzować” słuchaczy. Felton Crews „zwalisty”, potężny basista, Krzysztof Zawadzki perkusista Walk Away oraz Vasti Jackson zdobywca tytułu USA Blues Guitar Player of the Year 2007 należą do tego grona. „Śpiew” gitary Vasti’ego zespolony z jego głosem otworzył słuchaczom klimat delty Missisipi. Pierwszy raz w życiu usłyszałem dźwięk akustycznego brzmienia struny trąconej palcami artysty, a za ułamek sekundy jego wzmocnione „uderzenie” - poprzez kolumny. Vasti opuścił scenę i delikatne solo gitarowe grał wśród oniemiałej publiczności. Rytuał „zbratania” powtarzany był dwukrotnie i wywołał niekłamany zachwyt słuchaczy. Dźwięki piano nie dominowały. Trio we właściwych momentach wypełniało salę energetycznym forte. Vasti rozmawiał z publicznością, bawił ją, zachęcał i porywał do wspólnego śpiewania. Artysta świadomy był oczekiwań słuchaczy i w nadzwyczaj profesjonalny sposób je dodatkowo inspirował. To ogromna sztuka. Muzycy inspirują… również muzyków. Gdyby wśród słuchaczy występu tria przebywali muzycy Cree, byliby zapewne równie zachwyceni i oniemiali. Warto się uczyć jak „skromnymi” środkami tworzyć niezapomniane show. Kodą koncertu była brawurowa interpretacja dwóch kompozycji Jimi Hendrixa. Miałem okazję zobaczyć i usłyszeć jeden z najlepszych bluesowych koncertów w życiu. Piękniejszy był koncert B.B. Kinga, ale… to zupełnie inna historia. Vasti i jego kompani grali dla… około 12-15 osób! Koncert związany był z promocją płyty DVD. Jestem oczywiście posiadaczem krążka, opatrzonego autografami. Mogę wracać do tej muzyki i jej atmosfery, kiedy tylko zapragnę. W mieście do niedawna, tak ubogim w wydarzenia muzyczne z kręgu muzyki bluesowo-jazzowej, dane mi było dokonać dwóch prawdziwych odkryć. Pierwsze miało miejsce 9 lutego 2007 w „dawnej” 9 Fali. Wystąpiło wtedy duńskie trio Ibrahim Electric - warto interesować się małymi składami. Był to niezapomniany koncert. Jeden z dwóch, które odbyły się w naszym kraju. Drugie muzyczne odkrycie ostatnich lat nastąpiło w wigilię występu Cree. W tym samym miejscu 24 godziny przed komentowanym przez Was koncertem na scenę weszła francuska formacja OZMA. Skład kwintetu: David Florsch – saksofony, Matthias Mahler – puzon; Adrien Dennefeld – gitara; Edouard Sero-Guillaume – gitara basowa, wokal; Stephane Scharle – perkusja, był zapowiedzią interesującego występu. Już „przygrywka” podczas dostrajania akustycznego instrumentów do sali potwierdziła, że przed publicznością stoją nietuzinkowi instrumentaliści. To, co nastąpiło potem zupełnie odmieniło moje postrzeganie francuskiego jazzu. Każdy, kto trochę interesuje się tym rodzajem muzyki musiał choćby słyszeć takie nazwiska jak: Michel Petrucciani, Stéphane Grappelli, Jean-Luc Ponty, Django Reinhardt czy Didier Lockwood. Nie zdawałem sobie zupełnie sprawy, że to właśnie Francja jest obecnie w Europie krajem, w którym kwitnie współczesny jazz. Koncert dostarczył mi inspiracji, aby bliżej zainteresować się tym rynkiem i poszukać płyt nagranych przez innych francuskich muzyków. Perfekcja techniczna członków OZMY, w połączeniu z ich nieokiełznaną, nietuzinkową wyobraźnią muzyczną, wywołały od pierwszych taktów prawdziwą eksplozję dźwięków. Idealne, selektywne nagłośnienie pozwalało wychwytywać wszelkie „smaczki”, które rodziły się lawinowo. Ucieczki z pięknie prowadzonych tematów w świat bliski free jazzowi. Śliczne unisona gitary i saksofonu na tle drapieżnie grających bębnów i basu. Fantastyczne sola wszystkich muzyków. Szczególnie ciekawe w wykonaniu puzonisty i saksofonisty. Podróże z dźwięków bliskich kakofonii do klimatów czysto balladowych. Jeden utwór potrafił mieć kilka, zgoła nieoczekiwanych, kulminacji. Rodziło się to wszystko z absolutnego porozumienia muzyków. Ich sceniczne zachowania dowodziły, że wspólne granie sprawia im olbrzymią radość. Ta radość i energia emanowała na słuchaczy, którzy czasem nie w pełni przygotowani do odbioru miejscami trudnej muzyki, dali się porwać w arcyciekawy świat wyobraźni OZMY. Festiwal barw, klimatów i miejscami na poły hipnotycznych przeżyć zjednoczył salę. Tylko kilka koncertów w życiu wywarło na mnie tak piorunujące wrażenie. Zobaczyło i wysłuchało go około… 15 osób! Pojawia się w mieście Cree. Bardzo dużo ludzi zrzuca bambosze. Pełni nadziei i oczekiwań wspaniałego występu nawiedzają salę klubową. Jestem wraz z nimi podekscytowany. Trudno nie mieć w sobie pamięci legendy „Dżemu”. Trudno wyzwolić się z chęci porównania klimatu, jaki tworzy Syn z muzyką i tekstami tak charyzmatycznego Ojca. Atmosfera jest gorąca. Muzycy spóźniają się z wejściem na scenę. Fani dopingują ich gwizdami i „bojowymi okrzykami” – „Seba… ogień!”, „Seba… OGIEŃ!”. Wreszcie wychodzą muzycy i… dają „ognia”! To koniec recenzji koncertu. Chciałbym napisać więcej, ale nie mam, o czym. Czasy, kiedy sloganem reklamowym znanego zespołu było hasło „gramy najgłośniej w Polsce” dawno temu minęły. Ta sama, co w opisanych przeze mnie koncertach, bardzo dobra akustycznie, sala została zmiażdżona ścianą kakofonicznego dźwięku. Strzępy słów przedzierające się przez „jazgot” gitar, dudnienie bębnów i basu okraszone wibrującym leslie. Monotonia ustawicznego fortissimo przeszywana przekrzykującymi się wzajemnie dźwiękami gitar grających forte fortissimo. Muzyczne nieporozumienie rodem z kiepskiego rockowego „rżnięcia”. Nie ma, czego porównywać. Legenda pozostała nienaruszona muzycznie. Słowa „utonęły” w decybelach. Czy jestem jedyny w tak krytycznej ocenie koncertu Cree? Nie! Rozmawiałem z kilkoma osobami, które podzielają moje zdanie. Widać muzykom Cree i ich akustykowi uszkadza słuch brzmienie… ciszy. Bardzo wielu słuchaczom ich „styl” przypadł do gustu. „Marynary fruwały”, strop rytmicznie falował od tupotu. A ja miałem „tupot białych mew” i czmychnąłem, aby nie „zbzikować” na niższe piętro. Ile można przeoczyć licząc na to, że jedynie „dobry afisz” gwarantuje „zwrot nakładów”? Dlaczego lubimy tylko to, co lubimy i tak alergicznie podchodzimy do nieznanego? Wreszcie – czy „odkrywanie” nie jest ciekawsze od „trzymania nóg w bamboszach”?

Dodaj komentarz

Zaloguj
0/1600

Czytaj również

Bili go butelką i metalową rurką

Kolejna droga w powiecie wałbrzyskim zostanie wyremontowana

Wyburzenia na Topolowej są związane z budową obwodnicy

Pielęgniarki Sanatoriów Dolnośląskich otrzymały "Złote Czepki"

Pierścionek zaręczynowy: pamiątka najpiękniejszych chwil. Zobacz, jak go wybrać!